„Sygnały”

Lwów, Polska (obecnie Ukraina) 1 listopada 1933 – 15 sierpnia 1939
Lwowskie „Sygnały” (1933-1934 i 1936-1939) pod redakcją Karola Kuryluka były jedynym w latach 30. polskim czasopismem, na łamach którego w praktyce dokonują się założenia Frontu Ludowego. Za pomocą zaangażowanej społecznie kultury i sztuki wypowiedziana zostaje wojna postępującej faszyzacji życia codziennego w sanacyjnej Polsce.

Pomysł stworzenia nowego czasopisma wyklarował się z działalności grupy postępowych studentek i studentów skupionych w Kole Polonistów na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Część z nich publikowała wcześniej w piśmie „Wczoraj – dziś – jutro”, inni – skupieni wokół Haliny Górskiej w organizacji „Błękitnych” – próbowali wydawać i działać na własną rękę. Łącznikiem pomiędzy obiema grupami był Karol Kuryluk, z którego inicjatywy wyłonił się projekt regularnego periodyku. Jak wspomina:

„Początkowo nie mieliśmy określonego programu ani ideowego, ani artystycznego. Jeden tylko zamiar był konkretny: chcieliśmy w mieście wielonarodowościowym propagować znajomość kultury, literatury i sztuki nie tylko polskiej, ale i ukraińskiej, i żydowskiej O „Sygnałach”, tradycji i Wrocławiu – rozmowa z Karolem Kurylukiem, „Nowe Sygnały”, 1956, nr 1, cyt. za: A. Świecki, „Sygnały” (1933-1939), Rocznik Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego 7/2, 1968, s. 158-180.↩︎”.

 

Pierwsze „Sygnały” (listopad 1933 – listopad 1934)

„Sygnały” ujrzały światło dzienne 1 listopada 1933 roku. Podtytuł „Miesięcznik. Sprawy Społeczne – Literatura – Sztuka” jasno wyrażał ambicje młodej redakcji. Formalnie „Sygnały” nie były pismem nowym – już na pierwszej stronie Komitet Redakcyjny podawał genezę przedsięwzięcia – „Sygnały” miały być kontynuacją linii ideowej innego lwowskiego periodyku „Wczoraj – Dziś – Jutro”.

„[…] nasz program nie był programem wydawcy, którego spiczasty nos zwracał się jak chorągiewka na dachu w stronę skąd wiatr niósł – powiedzmy – iluzoryczny zapach pieczeni… Musieliśmy się rozstać. Pan M.S., nie zmieniając tytułu […] zaczął wydawać nowe pismo, my zaś pod nowym tytułem rozpoczynamy kontynuować stare. »Wczoraj – Dziś – Jutro« z próchna powstało (czytaj: z »Małopolanina«) i w próchno się obróci (czytaj obecne dychawiczne numery), a my w ciemności, które znów ogarniają lwowskie Quartier Latin, rzucamy jasny snop światła.

Sygnały!….

[…] A może tragiczne S.O.S. – że mimo wszystko trwamy, czuwamy, walczymy z falą i że bałwanami nie pozwolimy się zalać – S.O.S. – że mamy jeszcze tyle do powiedzenia.

Nad śpiącem miastem błyskają nasze Sygnały”.

 

W skład pierwszej redakcji „Sygnałów” weszli: Tadeusz Banaś, Aleksander Baumgardten, Halina Górska, Stefan Kawyn, Andrzej Kruczkowski, Karol Kuryluk, Bolesław Lewicki, Marian Popper, Stanisław Rogowski i – jako redaktor naczelny – Tadeusz Hollender. „Bezprogramowy program” – jak sam określił Komitet Redakcyjny – polegał na otwartości ideowej oraz chęci prowadzenia na łamach pisma polemik, bowiem:

„Razem – nie stanowimy, ani lewicy, ani prawicy; nie reprezentujemy też »złotego środka« społecznie, czy literacko. Chcemy być po prostu ludźmi – i to nam wystarcza.

Chcemy przekonać wszystkich, że różnica w poglądach nie przeszkodzi nam w dyskusji nawet w kwestjach najbardziej zasadniczych. Próbujemy uczyć kultury praktycznie siebie samych i innych, chcemy nanowo powlec jej pokostem te wszystkie twarde kanty życia, których ją starł i ściera fanatyzm i wszelkie skrajności, doprowadzające do zdziczenia.

Nie zgadzacie się z nami? Tem lepiej. Każdemu wolno o tem pisać, wolno polemizować na naszych łamach. Nie chcemy, broń Boże, stanowić kapliczki wzajemnej adoracji. Szeroko i gościnnie otwieramy łamy każdemu, który ma coś interesującego wszystkich do powiedzenia. Taki mniej więcej jest nasz bezprogramowy program. Chcemy, by go urobili sami ludzie, samo życie – tak, aby mógł się do niego nagiąć – tak, aby właśnie życia nie trzeba było wtłaczać w bezduszne ramy programu”.

 

Lecz już drugi, grudniowy numer „Sygnałów” otwierał się krytycznym tekstem „Rehabilitacja koturnu. Próba bilansu w piętnastolecie Niepodległości”. W nim, pomiędzy gorzkimi słowami wymierzonymi w stronę Hitlera, Mussoliniego i Stalina, redakcja wyznaje:

„Nie zachwyca nas ginący świat szachrajstw drobnomieszczaństwa i kapitalizmu. Parlamentaryzm dusi się od własnych świństw. Nie nęcą nas też rasowe i razowe masówki narodowe. Nie wierzymy w odrodzenie nacjonalizmów. […] my czekamy na Wiosnę Ludów. […] To, że urodziliśmy się polakami jest tylko przypadkiem – ale fakt, że jesteśmy ludźmi – nie jest dla nas przypadkowy!”.

Przeciwko grabarzom młodych talentów

Ciężko zatem posądzać „Sygnały” o brak polityczności – sama nazwa dla czasopisma, której pomysłodawcą był Aleksander Baumgardten, odnosiła się do zaangażowanego społecznie dramatu „Sygnały” Ewy Szelburg-Zarembiny z 1933 roku. Wybór tego dzieła również zwiastował program periodyku – dramat Szelburg-Zarembiny wprost dotyczył kwestii niesprawiedliwości społecznych, w tym przede wszystkim – krzywd wyrządzanych przez patriarchat i klasy panujące. Na celowniku autorki znalazł się również sojusz kleru z burżuazją i szlachtą.

Również w samej decyzji o rozpoczęciu działalności we Lwowie doby lat 30. pisma mającego dowartościować kultury mniejszości etnicznych, czy kładącego nacisk na upowszechnianie literatury i sztuki, łatwo można odczytać prospołeczne i lewicowe sympatie redakcji. Już w pierwszym, listopadowym numerze za sprawą tekstów m.in. Stefana Kawyna („Pisarz świadomy. Rzecz o działalności literackiej Boya Żeleńskiego”) i Haliny Górskiej („Młodzież, wódz i przewodnik” tyczący m.in. niebezpieczeństw związanych z religijnym charakterem kultu Hitlera w III Rzeszy) zarysowuje się linia ideowa, która będzie stale przyświecać periodykowi. Podobnie rzecz miała się w związku z inauguracyjną imprezą „Sygnałów” zorganizowaną we współpracy z Zawodowym Związkiem Literatów, której prelegentem był Marian Piechal – anonsowany w piśmie jako „poeta proletariacki”, związany z awangardową łódzką grupą Meteor, a później z warszawską Kwadrygą. Piechalowi na wieczorku „Sygnałów” przypadła rola wygłaszającego odczyty „Futuryzm a faszyzm” i „Kultura i proletarjat”, przy czym pierwsze wystąpienie zostało przerwane („ukoronowane”) przez ówczesnego prezesa Związku Literatów Ostapa Ortwina, który „rzucał nonsensy z wyrazami sympatii dla Hitlera, wśród ciągłych sprzeczności logicznych”. Przypadek prezesa Ortwina, nazwanego w relacji dla „Sygnałów” „grabarzem młodych idei i talentów” i „tępiącego intelekt, stającego po stronie barbarzyństwa”, dla Komitetu Redakcyjnego był znamienny – właśnie w kontrze do takich postaw postanowiono zawiązać „Sygnały”. Próżno zatem szukać na łamach pochwały dla militaryzmu, różnej maści nacjonalizmów, postępującej faszyzacji życia społecznego, postawy klerkowskiej czy bałwochwalczej wobec starszego pokolenia – badacz Andrzej Świecki określa kierunek ideowy pierwszego etapu działalności „Sygnałów” jako „okres poszukiwania dróg, lokalnej działalności pisma”, który cechował „ograniczony radykalizm społeczny”. Jednak dla atmosfery kulturalno-politycznej ówczesnego Lwowa nawet tak wyważony – zdawałoby się – program periodyku był sporym wyzwaniem.

„Sygnały” mają być pismem młodych, zorientowanych w aktualnej sytuacji polityczno-społecznej Europy – stąd na łamach dowartościowany zostaje głos nowych pokoleń. W regularnie pojawiającej się rubryce „Młodzi na świecie” redakcja prezentuje przegląd postaw „innych” młodych – bacznie przyglądając się militarystycznym sympatiom państw faszystowskich, rozterkom ideowym Komsomolców czy młodych Francuzów i Francuzek. Publicystów i publicystki żywo zajmuje także kwestia położenia młodzieży polskiej – z niepokojem komentują poczynania endecji i nacjonalistycznych młodzieżówek. Spora część artykułów dotyczy także tragicznej sytuacji najmłodszego pokolenia środowisk chłopskich i robotniczych – nacisk położony zostaje nie tylko na kwestie powszechnego analfabetyzmu i drastycznych nierówności w dostępie do kultury. W „Sygnałach” wprost pisze się o biedzie i represjach wymierzonych w tę grupę społeczną, apelując do środowisk twórczych o zajęcie stanowiska, czy mówiąc wprost – dostrzeżenie realnych problemów dominującej liczebnie, nieuprzywilejowanej części społeczeństwa.

Oprócz postulatów dotyczących sztuki zaangażowanej społecznie i politycznie, na łamach „Sygnałów” regularnie pojawiają się obszerne artykuły krytyczne, które dotyczą zjawisk najnowszych w polskiej i europejskich kulturze – pisze się o teatrze, literaturze, poezji, sztukach pięknych. Na bieżąco recenzuje się książki i filmy, sztuki teatralne i wystawy. Ogromny nacisk kładzie się na przedruki tłumaczeń poezji i literatury ukraińskiej i żydowskiej – słowem: twórczości niepolskiej, przemilczanej przez rodzimą krytykę, wykluczanej z obiegu w II RP. Podczas rocznej działalności pierwszych „Sygnałów” opublikowane zostają teksty takich postaci jak m.in. Jan Parandowski, Teodor Parnicki, Debora Vogel, Kornel Makuszyński czy Brunon Schulz.

Wraz ze stopniową radykalizacją linii „Sygnałów” i problemami z finansowaniem pisma pojawiły się wewnątrz redakcji konflikty, które doprowadziły m.in. do odejścia Tadeusza Hollendera ze stanowiska redaktora naczelnego. Jego miejsce zajął Karol Kuryluk, który niebawem został powołany na służbę wojskową – wydawanie „Sygnałów” zawieszono do lutego 1936 roku.

Drugie „Sygnały” (luty 1936 – sierpień 1939)

1936 był dla „Sygnałów” rokiem, w którym porzucono koncepcję „bezprogramowego programu” – zagęszczająca się atmosfera drugiej połowy lat 30. zaważyła na zmianie strategii redakcji. Decyzją Kuryluka „Sygnały” z tytułu zaledwie lewicującego stały się miesięcznikiem (a później, od lutego 1937 r. – dwutygodnikiem) stricte lewicowym. Właściwie od 17., majowego numeru można z powodzeniem mówić o w pełni wykrystalizowanym programie ideowym pisma – pisma, które czynnie odpowiada na apel 7. Międzynarodówki, tworząc na swoich łamach przestrzeń dla ludowego frontu antyfaszystowskiego. W Komitecie Redakcyjnym pozostaje lewicowa frakcja – T. Banaś, H. Górska, T. Hollender, M. Promiński i K. Kuryluk; dołącza do nich Anna Kowalska.

Dla lewicowej przyszłości drugich „Sygnałów” istotnym staje się – oprócz tragicznych wypadków kwietniowych – także Zjazd Pracowników Kultury w Obronie Wolności i Pokoju, zwany „zjazdem lwowskim”. Prelegenci i prelegentki ZPK stają się wkrótce potem publicystami pisma, zawiązuje się szeroki sojusz pomiędzy środowiskiem „Sygnałów” a lewicowymi działaczami i intelektualistami z innych ośrodków miejskich. Na łamach dwutygodnika publikują także członkowie i członkinie ówczesnej Komunistycznej Partii Polski. Tym samym, „Sygnały” z periodyku w gruncie rzeczy lokalnego, zyskują ogólnopolski rozgłos – co oprócz zainteresowania czytelników i czytelniczek, przysparza im również poważne kłopoty z cenzurą. Już pod koniec lipca 1936 r. sanacyjna policja przeprowadza rewizję, która ma na celu dowieść nielegalnych źródeł finansowania pisma. Tę rewizję należy odczytać jako ostrzeżenie dla redakcji – odtąd „Sygnały” są regularnie niepokojone przez władze – redakcja znajduje się pod uważną obserwacją cenzury ze względu na fakt, że jest to ówcześnie jedyne lewicowe pismo literackie. W dodatku, uznane przez czytelników w całej II RP, jawnie stawiające opór faszyzacji życia codziennego i kulturalnego. „Sygnałom” rozgłos przynoszą również szeroko komentowane procesy sądowe, w których skutecznie odwoływano się od decyzji konfiskat nakładu i cenzurowania artykułów, ukazując tym samym skalę cenzury w II poł. lat 30.

Przeciwko faszyzmowi, przeciwko klerkom

„Sygnały” po roku 1936 są jawnie antyfaszystowskie – na łamach periodyku pojawiają się obszerne analizy faszyzmu włoskiego i niemieckiego (gł. autorstwa  Stefana Jędrychowskiego), belgijskiego rexizmu, frankistowskiej Hiszpanii czy kierunku polityki Japonii. Publikowano reportaże z III Rzeszy i omówienia publikacji twórców faszyzujących, czy wprost – gloryfikujących Hitlera, Mussoliniego czy Franco. Co więcej, publikowano krytyczne teksty dotyczące profaszystowskiej działalności polskich dziennikarzy oraz samobójczych sympatii rządu polskiego w stronę III Rzeszy. Kuryluk, stojąc na czele „Sygnałów” nie zapominał także o ważkości kwestii antysemityzmu polskiego i dyskryminacji mniejszości narodowych – regularnie publikował teksty ostro sprzeciwiające się represjom w stronę mniejszości etnicznych i wyznaniowych, równolegle promując kulturę i sztukę tych grup społecznych w piśmie. Zadanie, jakiemu chciała sprostać redakcja „Sygnałów” wykraczało dalece poza ambicje stworzenia prężnie działającego lewicowego tytułu literacko-kulturalnego – próbowano naświetlić metody działania rządów sanacyjnych, sytuację klas ludowo-robotniczych, powszechność nędzy, bezrobocia i analfabetyzmu, związki pomiędzy Kościołem Katolickim a kapitalizmem, a jednocześnie referować o najnowszych wydarzeniach z dziedziny sztuki i kultury. Obok manifestów i odezw do „robotników i robotnic kultury”, poezji i reprodukcji dzieł sztuki pojawiały się odniesienia do polskiej tradycji wolnościowej i postępowej – cytowano m.in. Adama Mickiewicza, Stanisława Staszica i – rzecz jasna – Stanisława Brzozowskiego. Zasadność odwołania do tradycji Kuryluk uzasadniał stwierdzeniem, że naukę, historię i kulturę sanacyjny rząd przepisuje pod własne dyktando, wykluczając zeń wątki lewicowe, postępowe czy wolnościowe. Na łamach „Sygnałów” pojawiają się również artykuły piętnujące postawę klerkistowską establishmentu polskiej kultury, świadomie podtrzymującego postulat sztuki dla elit i tworzonej przez elity. Klerkom redakcja od samego początku istnienia pisma wypowiada wojnę.

Dla przeciwwagi czytelniczkom i czytelnikom prezentuje się fragmenty i omówienia twórczości autorów zagranicznych, w tym: m.in. B. Brechta, A. Rimbauda, P. Eluarda, H. Barbusse’a, A. Gide’a, H. Manna, B. Russella, A. Malraux, J. Cocteau czy A. Błoka. Na kartach pisma rozprawia się o filozofii marksistowskiej i idealistycznej, przybliża zagadnienia metod analiz literackich, prezentuje dorobek ekspresjonizmu, surrealizmu oraz freudowskiej psychoanalizy. Kuryluk wraz z redakcją podejmuje się walki z faszyzmem na wszelkich frontach, jakie wówczas umożliwiało mu medium czasopisma – obłudę sanacyjnego rządu atakuje nie tylko gorzkim reportażem z życia prowincji Kresów Wschodnich, wierszem tyczącym walk wiedeńskiego proletariatu (Tadeusz Hollender, Przedwiośnie, 1934 nr 6.), listem w sprawie represjonowanego pacyfisty (Karol Ossietzky, 1937 nr 19.) ale i zjadliwą satyrą na endeckich bojówkarzy. Nota bene tych samych, którzy w 1938 roku dokonują nieudanego zamachu na Kuryluka.

Rok 1939 jest dla „Sygnałów” okresem heroicznej walki o utrzymanie się czasopisma – w miesiącach bezpośrednio poprzedzających wybuch wojny Kuryluk niemalże w pojedynkę zarządza periodykiem. W ostatnim, 75. numerze „Sygnałów”, wydanym 15 sierpnia 1939 roku łamy zostają oddane twórczości białoruskiej. W jedynym artykule dotyczącym spraw bieżących („»Ani kroku dalej!« – to za mało…”), Wiktor Grosz konstatuje

„Pomoc z zewnątrz, o której w razie wojny nie wątpimy, stanie się aktywna już w najważniejszym okresie, poprzedzającym wojnę. Napastnik zrozumie, co się święci, i może się jeszcze zawahać.

Pokój może być uratowany”.

 

Wraz z początkiem września wybucha II wojna światowa. Wkrótce po rozpoczęciu wojny Kuryluk deponuje archiwum „Sygnałów” w lwowskiej bibliotece Ossolineum.